Firmy w czasie epidemii Firmy w czasie epidemii

czecho.pl - medium nr 1 w Czechowicach-Dziedzicach

Wiadomości

  • 6 stycznia 2005
  • wyświetleń: 1243

A mama mówiła - historia Jacka

To był wakacyjny wieczór. Kiedy Jacek Bukowski (13 l.) z kolegą postanowił
spędzić noc w namiocie przed domem nikt nie spodziewał się dramatycznych wydarzeń. Namiot jak namiot, ogród taki jak wiele innych. Wakacje, ciepło, nie potrzeba wstawać do szkoły… Rodzice obu chłopaków wyrazili zgodę, ale ta noc okazała się dla nich jedną z najtrudniejszych w życiu.

Obaj chłopcy cieszyli się tym, że mogą spać w namiocie. To miała być przygoda. Przygotowywali sobie spanie, materace, śpiwory, poduszki. Jeden z nich zauważył, że wokół jest mnóstwo mrówek, które wchodziły do środka. Postanowili zwalczyć je denaturatem. Polali trawę łatwopalną cieczą i w ten sposób chcieli wypalić nieproszonych gości. Palącą się trawę zadeptywali butami, ale denaturat nie chciał się palić. Jeden z nich przyniósł benzynę. Obaj myśleli, że nic im nie grozi. Iskry jednak pozostały. Tego obaj nie wiedzieli i kiedy Jacek zapalił zapałkę, nawet nie zdążył jej przyłożyć do trawy. Doszło do wybuchu. Ogień buchnął z całą siłą i podpalił obu chłopców. Kolega Jacka przewrócił się przez sznurki postawionego namiotu. Upadł tak, że od razu ciałem stłumił ogień. Jacek jednak stanął w ogniu i pobiegł do domu.

Matka

Jacek wbiegł na piętro naszego domu. To był szok! Mój syn stał w progu jak żywa pochodnia i resztkami sił wpadł do łazienki. Tam z mężem zaczęliśmy go gasić. Paliło się na nim ubranie a ogień sięgał już głowy – wspomina Jadwiga Bukowska (44 l.).

Natychmiast rodzice wezwali pogotowie. Lekarz udzielił Jackowi pierwszej pomocy. Podano dożylne zastrzyki. W Pszczynie zapadła decyzja, że Jacek musi natychmiast być przewieziony do szpitala w Siemianowicach Śląskich. Tam lekarze orzekli, że chłopak ma
spalone prawie 20% ciała. Najbardziej spalone miejsca to brzuch i prawa noga. – Śniło mi się to po nocach. Strasznie mnie wszystko bolało. Teraz już jest lepiej, bo przychodzi do mnie rehabilitantka – zwierza się Jacek.

Ojciec

To był taki normalny, żywy chłopak. Nie sprawiał nam większych kłopotów. Takie „żywe srebro”, pomagał mi w domu przy różnych pracach, lubił przebywać w gronie kolegów – opowiada Antoni Bukowski ( 47 l.).

Ojciec Jacka 30 lat przepracował w Polskich Kolejach Państwowych. W pewnym momencie nie wytrzymało zdrowie. Dziś ma 600 złotych renty i marne szanse na przyzwoite pieniądze. Jest schorowanym człowiekiem, który boi się o jutro. Najpierw dostał rentę na rok, potem mu ją przedłużono, ale nie wiadomo, co będzie dalej. Być może któryś orzecznik stwierdzi, że jest zdrowy… – Boję się, co będzie dalej. Ten wypadek to straszne przeżycie. Mamy jeszcze jednego syna, ale nie wiem, co by się stało gdyby Jacek nie zdążył wybiec na górę – opowiada zmęczonym głosem.

Pieniądze

Rodzice nieśmiało przyznają, że ten wypadek pociąga za sobą ogromne koszty. Jacek przeszedł kilka operacji przeszczepu skóry. Nie wiadomo czy nie będzie konieczna jeszcze jedna. Lekarstwa, maści, bandaże, dojazd – niekończąca się lista wydatków. – Dla nas najważniejsze jest życie dziecka. Jadwiga Bukowska też się boi o przyszłość. Pracuje w jednej z czechowickich firm, w której zapowiadają się raczej niekorzystne zmiany, redukcje etatów… Jest jednak wdzięczna firmie, bo ta wsparła ją finansowo po tym tragicznym wypadku. Koszty i potrzeby są ogromne. Bukowscy na leczenie syna zaciągnęli kredyt.

Szkoła

Mimo bólu i kilku operacji oraz trwającej rehabilitacji Jacek dzielnie się uczy. Ma indywidualny tok nauczania, nauczyciele przychodzą do domu. – Jacek nie zdążył przyjść do swojej nowej klasy, nie miał okazji poznać swoich kolegów i koleżanek, ale oni przejęli się jego losem i nie jest im obojętny – mówi nauczyciel niemieckiego Maciej Szpejna. Od września Jacek miał rozpocząć naukę w gimnazjum i kiedy trwała uroczystość otwarcia nowego roku, on był wtedy w szpitalu. Dyrekcja Gimnazjum nr 1 stanęła na wysokości zadania, nie pozostawiono chłopca samemu sobie a rodzice mogli liczyć na wsparcie całej szkoły i uczniów.

Sąsiedzi

- To jest coś niesamowitego jak oni zareagowali. Otrzymywaliśmy pomoc z każdej strony, wsparcie sąsiadów, znajomych, rodziny, pedagogów, urzędników gminy bez względu na poglądy, wójta – wylicza Bukowska. Przyznaje, że w pierwszych dniach od wypadku te gesty trzymały ją przy życiu.

Dziś, kiedy o tym opowiada, w jej oczach błyskają łzy wzruszenia. – Ja nie wiem jak im dziękować dodaje. Dziękować jest faktycznie za co i trudno mówić o jakimkolwiek rewanżu. Zresztą nie to jest najistotniejsze. – Wie pan… tutaj jest wielu wspaniałych ludzi. Ta sytuacja jest dowodem na to, że mamy współczujące serca. Taka jest rola dorosłych, aby tym młodym ludziom pokazywać, co jest naprawdę najważniejsze w życiu. Trzeba mieć ciepłe, otwarte serce – mówi Beata Smolarek dyrektor goczałkowickiego Gimnazjum. Opowiada o wspaniałej solidarności w bólu i wrażliwości jej uczniów. Klasa Id trzyma za Jacka kciuki, aby jak najszybciej do niej dołączył.

Kiedy?

Nie wiadomo, w jakim terminie Jacek zasiądzie znowu w szkolnej ławce. Lekcje wf-u już nigdy nie będą takie same. Spalona noga nie chce się wyprostować mimo ćwiczeń i rehabilitacji. Przykurcz sprawia, że chłopak chodząc kuśtyka.

Najprawdopodobniej przed nim kolejna operacja przeszczepu skóry. Ta na brzuchu powoli się goi. – Cały styczeń syn będzie w miejscowym sanatorium. Chirurg nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji co do ewentualnej operacji, dlatego nie wiemy, czy Jacek dołączy do kolegów, czy nie – mówi mama chłopca. Konsekwencje wypalania mrówek będą dłuższe. Trwa to już pół roku, ale rodzice żyją nadzieją, że Jacek dojdzie do pełnego zdrowia.

Zgoda

Matka nie chciała się zgodzić, aby Jacek spał w namiocie, uprosił ją jednak. Chłopcy chcieli tam spędzić trzy noce, ale ostatecznie miała być jedna. – Bałam się, że chłopcy będą broili a tu taka tragedia – wspomina. Kiedy chłopaka przewieziono do Siemianowic na oddziale było wielu młodych pacjentów. Różne przyczyny, zdarzenia, powody. Sprawcą ludzkich dramatów zawsze jednak był ogień. – Spotkałam tam pewną kobietę, której syn nie przeżył operacji przeszczepu skóry. Miał podobne poparzenia, co Jacek. Wspierałyśmy się nawzajem. Dla jej dziecka jednak nie było ratunku – opowiada. – To był wakacyjny pech połączony z brakiem uwagi i lekkomyślnością. Przestrzegamy o niebezpieczeństwach, ale wiadomo jak to jest, młodzieńczą fantazję trudno przekonać – uważa Beata Smolarek.

Nic nie wiedzieli?

Kiedy słucham tej opowieści mam wrażenie, że to scenariusz jakiegoś filmu science-fiction. Namiot, mrówki, beztroska, wakacje a tutaj taki przypadek. Zastanawiając się na tym przypomina się wyświechtane „przypadki chodzą po ludziach”, ale powstaje też kluczowe pytanie: czy tego wypadku można było uniknąć? Pytam Jacka czy wiedział, że zabawa z benzyną czy denaturatem może się źle skończyć… Jacek patrzy na mnie zdziwionym wzrokiem, przez chwilę się zastawia jakby chciał sobie coś przypomnieć. Wreszcie mówi – Nie spodziewałem się tego, nie wiedziałem. Mama mówiła, ostrzegała, ale… zacięło mnie i stało się…przeżyłem straszne chwile, to ból ogromny ból. Chciałbym o tym zapomnieć. Mam wspaniałych rodziców i przyjaciół. Wszystkim za wszystko bardzo dziękuję.

Daniel Dziewit / Gazeta Pszczyńska


www.czecho.pl/wydarzenia/wydarzenia-pokaz.php?id=3662 class=dodaj target=blank>Uwaga - aukcja internetowa na rzecz Jacka

REKLAMA

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu czecho.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.