czecho.pl - medium nr 1 w Czechowicach-Dziedzicach

Reklama - billboard wiadomości

Wiadomości

  • 29 czerwca 2021
  • wyświetleń: 3075

[FOTO] Mija 47 lat od wybuchu metanu w kopalni Silesia

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z tematu "kopalnia Silesia" podaj

28 czerwca 1974 roku wybuch metanu połączony ze słabym wybuchem pyłu węglowego w kopalni Silesia w Czechowicach-Dziedzicach zabił 34 i ranił 30 ludzi. W 47. rocznicę tych tragicznych wydarzeń, podobnie jak co roku, zarząd kopalni wraz z przewodniczącymi organizacji związkowych i z udziałem władz samorządowych złożyli kwiaty pod pomnikiem upamiętniającym ofiary tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w czechowickim zakładzie.

Mija 47 lat od wybuchu metanu w kopalni Silesia - 28.06.2021 · fot. Jerzy Zużałek


Kwiaty oraz hołd osobom, które wtenczas zginęli, złożyli zarząd kopalni w osobach prezesa, Marcina Sutkowskiego, zastępcy prezesa, Marka Celmera, naczelnego inżyniera, Zbigniewa Cieplińskiego i jego zastępcy, Piotra Kotziana, członkowie dyrekcji i kierownicy działów wraz z przewodniczącymi organizacji związkowych i z udziałem władz samorządowych: przewodniczącego Rady Miejskiej, Damiana Żelaznego, burmistrza, Mariana Błachuta i zastępcy burmistrza, Pawła Mrowca. Honorową wartę zaciągnęli ratownicy górniczy.

Loading...


W 2020 roku nakładem wydawnictwa Vectra ukazała się książka pt. "Kopalnio, kochanko ma" autorstwa Andrzeja Kapłanka i Kazimierza Trzaski. To książka niezwykła o równie niezwykłych ludziach - twardych, odważnych, zdeterminowanych, dumnych z wykonywanej pracy. Książka jest hołdem dla tych, którzy zginęli w akcji. Zasługują na pamięć. Bohaterom wystawia się pomniki. Lecz zimny granit nie potrafi oddać emocji, jakie towarzyszą podziemnym dramatom. Udało się to Autorom książki. Na stronach od 115 do 124 opisane zostały wydarzenia, jakie miały miejsce w kopalni Silesia w tamtych dniach.

Fragment książki "Kopalnio, kochanko ma"

Dwudziestego ósmego czerwca 1974 roku planował poduczyć się wentylacji. Zaledwie dwa dni dzieliły go od terminu egzaminu, a on nie zdążył nawet zaglądnąć do książki. Tymczasem po porannej odprawie ledwo otworzył podręcznik, telefon z kopalni "Silesia" poderwał obydwa dyżurne zastępy (chodzi o dyżur ratowników w Okręgowej Stacji Ratownictwa Górniczego - dopisek mój). Już w jadącym na sygnale samochodzie dowiadywali się szczegółów. Na czynnej ścianie nastąpił wybuch metanu, a w strefie zagrożonej znajduje się około osiemdziesięciu ludzi.

Nieźle dmuchnęło — mruknął któryś z ratowników. A jak pierdyknął też pył węglowy, to nie chciałbym być na miejscu tamtych. Nie bydzie wesoło. Jak żech robił na jastrzębskich kopalniach, kaj każdy pokład mioł najwyższą kategorię gazowości, to zjeżdżając na dół, zawsze zdało mi się, że właża do klatki z tygrysem.

- Tygrys może ci odpuścić, jak jest nażarty - włączył się do rozmowy Józef. — Wybuch metanu lub pyłu redukuje twoje szanse do zera.

Syrena na dachu samochodu wyła jękliwie, wzbudzając popłoch wśród kierowców, a drepczące chodnikami kobiety żegnały się i wracały myślami do swoich najbliższych, fedrujących na okolicznych kopalniach. Zaś ratownicy siedzący w samochodzie odwoływali się do własnych doświadczeń z metanem. I nie były to rozmyślania wesołe. Ten bezwonny, bezbarwny gaz, lżejszy od powietrza, pojedynczy atom węgla otoczony czterema atomami wodoru, był okrutnym i bezwzględnym zabójcą. W atmosferze tlenowej i w stężeniu do pięciu procent pali się, zaś między pięcioma a piętnastoma procentami — eksploduje. Płomień o temperaturze 1200 stopni zabija każdą żywą komórkę. Gdy dochodzi do połączenia z wybuchem pyłu węglowego, żar przekracza 2000 stopni, zaś podziemne chodniki zamieniają się w naturalne "armaty". Metan, ogień i potężna energia wędrują nimi na duże odległości. Kto znajdzie się dale] od epicentrum wybuchu, dostaje szansę na przeżycie. Ale i tak długie tygodnie spędzi w szpitalu, lecząc oparzenia skóry i jeszcze groźniejsze oparzenia płuc i narządów wewnętrznych.
Głośnik radiotelefonu zaskrzeczał głosem dyspozytora okręgówki: "Podjeżdżajcie bezpośrednio na zrąb szybu zjazdowego. Klatka już czeka. Wchodzicie do akcji z marszu. Powodzenia".

Józef próbował zrozumieć, co stało się na tej nieszczęsnej ścianie. Dlaczego nie zadziałały czujniki? Czyżby znów jakiś samobójca majstrował przy nich, żeby nie doszło do zatrzymania wydobycia? Kiedy metanometria wykrywa zagrożenie, automatycznie wyłącza w całym rejonie napięcie. To wymusza wycofanie załogi i intensywne wentylowanie wyrobisk. Czasem trwa to kilka minut, czasem kilka godzin. Nie można się niecierpliwić, bo metan to niebezpieczny i podstępny przeciwnik. Dlatego tam, gdzie pracują ludzie, buduje się iskrobezpieczne urządzenia, kosztowne systemy wykrywające wzrost zagrożenia, prowadzi się wyprzedzające działania profilaktyczne, wdraża coraz bardziej rygorystyczne normy. Mimo tych starań, co jakiś czas człowiek przegrywa w nierównej walce, bo gazu także przybywa w miarę schodzenia z wydobyciem na coraz głębsze poziomy. Czai się w szczelinach, pod stropem, wybucha wtedy, gdy znajdzie się źródło zapłonu. Inicjuje go błąd technologiczny lub człowiek.

Po każdej kolejnej akcji Kalyta zastanawiał się, dlaczego górnicy podejmują tak wielkie ryzyko, eksploatując pokłady gazowe? Jakby coś blokowało ich samozachowawcze instynkty. A przecież oprócz metanu czyhały inne niebezpieczeństwa plus wyczerpująca praca, wymagająca nieustannej koncentracji. Nie jest więc łatwo odpowiedzieć na pytanie o motywy. Hobby, dobre zarobki, poczucie stabilizacji, presja rynku wołającego o węgiel, a może wszystkiego po trochu. Niektórzy mówią o adrenalinie, której nigdy nie brakuje w podziemnych wyrobiskach. Bo żadna dniówka nie jest do siebie podobna. Zawsze coś się dzieje. Trzeba mieć oczy naokoło głowy, wyprzedzać zdarzenia, rozwiązywać coraz bardziej złożone problemy. Nawet wdychanemu powietrzu nie można ufać. Ubytki tlenu uzupełniają tlenki azotu, siarki, metan oraz pył węglowy... Ten gazowo-pyłowy koktajl nie wychodzi na zdrowie górniczym płucom. Tymczasem pojazd wiozący ratowników z piskiem zahamował na zrębie szybu. Złapali za aparaty i sprzęt. O wpół do dwunastej wsiadali do szoli, żegnając stojące w zenicie słońce. Nie mieli pojęcia, co czeka ich na dole.

***

Trzy godziny wcześniej nic nie zapowiadało piekła na oddziale VI w pokładzie 214/1. Sztygar zmianowy Kazimierz Tomanek przejął ścianę rozbebeszoną przez poprzednią zmianę. Wprawdzie przenośnik przesunięto już pod ocios, ale należało uzupełnić obudowę, wyrabować ostatni rząd stojaków. Dopiero wtedy mogli zacząć fedrowanie. Podczas składanego telefonicznie raportu, skarżył się nadsztygarowi:
— Ci z nocnej zmiany juzaś zostawili ścianę rozkopaną. Pół szychty minie, zanim zrobimy porządek, a na dodatek jeden z moich strzałowych strzelił bumela. — Chopie, wajać to każdy umie — usłyszał. — A ty synu Boży, mosz fedrować. To bier się za robota, zamiast pociskać duperszwance. Ojczyzna czeka na węgiel. Wyjeżdżasz z dołu, jak zamkniecie cykl.

Odkładając słuchawkę, stłumił rodzące się w gardle bluzgi. "Znów trzeba będzie przytrzymać ludzi w nadgodzinach. To już trzeci raz w tym tygodniu". Dochodząc do ściany usłyszał wrzaski. Przodowy z pędzonego przed frontem ściany chodnika, obrzucał bluzgami elektryka.

— Lebrze, bucu na kaczych łapach. Od szychty grzebiesz się z uruchomieniem wentylatora, a my stoimy z robotą. Sztajger, podpędźcie mu kota i zgłoście awarię do dyspozytora.

To była poważna groźba. Magiczne słowo AWARIA na ogół przyspiesza tętno kilku ludziom na kopalni. Telefony zaczynają się grzać od ilości przepuszczanych decybeli, a licznik awarii obciążającej konto fachowców, stuka nieubłaganie. Pod koniec miesiąca ktoś zsumuje te minuty i okaże się, że kopalnia nie nafedrowała z tego powodu ileś ton. Nietrudno wskazać winnego. Zawsze kończy się obcinaniem premii, a marzenia o ewentualnym przeszeregowaniu odlatują w bliżej nieokreśloną dal.

Awaria wentylatora nie miała wprawdzie wpływu na wydobycie, lecz dłuższa przerwa w przewietrzaniu przodka stwarzała zagrożenie gazowe.

— Co z metanem? Mierzyłeś? — Tomanek popatrzył na przodowego.

— No jest go tam trocha... jakiejś sześć procent. — Ożesz... Migiem wycofaj ludzi z przodka! I nie wchodźcie do czasu uruchomienia wentylatora przez tego łamagę. Z rozpędu dodał, co myśli o prowadzeniu się matki fachmana. Standardowy bluzg używany na dole dla odreagowania napięcia.
— Ściana, ściana — zaskrzeczał wiszący na ociosie głośnik łączącego bezpośrednio z dyspozytorem kopalni - Czamu nie fedrujecie? — Bo przodowy mo sraczka — wrzasnął jakiś żartowniś. — Ty pieroński mamlasie... — dyspozytor zakrztusił się bluzgami. — Zawołej sztajgra. — Nie musicie sie zarozki ciepać jak nagi w pokrzywach. Na błoznach się nie znocie? Sztajger! Dyspozytor chce z wami poklachać.
Tomanek podszedł do urządzenia głośnomówiącego, próbując uspokoić rozindyczonego dyspozytora.

— Poprzednia zmiana zostawiła burdel w ścianie. Kończymy uzupełnianie obudowy i wtedy ruszymy z wydobyciem.

— Wisi mi to, jak kilo kitu na zicherce. Ty se buduj do usranej śmierci, byle licznik na ładowni zaczął się kręcić. Pokiwał głową nad logiką wywodu dyspozytora, po czym wskoczył do ściany. Pierwszy zespół kończył zabudowę. Przyspieszyli tempo, czując na sobie spojrzenie sztygara.

Z przyjemnością patrzył na ich zgrane ruchy. Pomocnik podrywał kolejny stojak ze spągu, podciągał rdzennik pod stropnicę, jego partner zakładał podciągarkę, nadawał stojakowi wstępną podporność, po czym dobijał młotem kliny. Pracowali jak roboty, nie potrzebowali słów, jedynie pot spływający po obnażonych torsach był miarą wysiłku. Podszedł do posadowionej na przenośniku wrębiarki. Długa, masywna, drzemała w bezruchu. Lecz za chwilę zawyje, wgryzając się wrębnikiem w ocios i wycinając dwudziestocentymetrową szczelinę, która zwiększy efekt robót strzałowych. Na razie wrębiarz uzupełniał noże na wrębniku, obrzucając mocnymi słowami ich fatalną jakość.

"Sztajger, wentylator na chodzie" — usłyszał wrzask elektryka. Ścianę także zdążyli już zabudować. Można było ruszać. Dał znak wrębiarzowi. Maszyna ożyła i zaryczała, napełniając uszy bolesnym łoskotem. Wrębnik z łatwością wgryzł się w czarny ocios, wyrzucając strugę miału oraz kłęby węglowego pyłu. Tomanek popatrzył na zegarek: "Wpół do jedenastej! Nie jest najgorzej. Chyba zdążymy przebrać ścianę — pomyślał. — Za chwilę zajazgoczą wiertarki, wrzask poleci po ścianie: Strzałowy nabijać! Potem zahuczą wybuchy, powietrze wypełni się smrodliwymi dymami, ładowacze wskoczą na ocios z łopatami, a przenośnik wypełni się strugą błyszczącego węgla". Na razie niewiele się działo! Korpus maszyny powoli przesuwał się po wzniosie. "Szkoda, że wrębiarka nie ma jakiegoś turbonapędu" — mruknął. Ale było to chciejstwo sztygara, któremu wciąż wszystkiego mało. Nienawidził tego ślamazarnego pełzania, kradnącego cenny czas. Od tego nie przybywało węgla na ładowni. A jego rozliczano z ilości nafedrowanych ton. Sięgnął do torby po manierkę z herbatą w tym momencie wszystko wokół znikło w kuli ognia.

***

W bazie akcji założonej w pobliżu oddziałowej ładowni z każdą minutą przybywało poszkodowanych, którzy o własnych siłach wydostali się z rejonu katastrofy. Jedni wciąż w szoku bełkotali coś bez ładu i składu, inni jęczeli z bólu. Nieliczni, z mniejszymi obrażeniami, udzielali informacji o miejscach, gdzie należy szukać kolegów. Lekarz i sanitariusz uwijali się, udzielając pierwszej pomocy. Kolejne zastępy, wchodziły do akcji i po jakimś czasie wracały, przynosząc bezwładne ciała. Fala uderzeniowa i temperatura nie dały szans znajdującym się na jej drodze ludziom. Uratowali się ci, którzy w momencie wybuchu znajdowali się za załomem chodnika, w jakiejś wnęce lub osłonięci byli elementami obudowy, fragmentem napędu. Zastęp Kalyty wszedł do akcji z marszu. Otrzymali zadanie dotarcia do wylotu ściany. Widok był straszny. Spalone, pokurczone ciała, skóra odchodziła przy dotknięciu. Nie przeżył nikt. Na pierwszy rzut oka widać było, że wybuch inicjowany został w okolicy wrębiarki. Ciała wrębiarza i jego pomocnika znajdowały się w najgorszym stanie, zmasakrowane wybuchem. Im nie można było już pomóc. Do akcji wchodzili kilkakrotnie, a wracając do bazy oglądali coraz dłuższy rząd czarnych worków z ciałami górników. Z każdą godziną oprócz narastającego zmęczenia czuli także coraz większy stres. Choć byli zawodowcami i widzieli niejedno, to trudno zostać nieczułym na takie nagromadzenie śmierci.

Okrutnej śmierci.

Do domu Józef wrócił krótko po północy. Bez słowa przylgnął do żony. Czekała na niego, bo wieść o tragedii nagłośniły popołudniowe serwisy informacyjne. Nie pytała o nic, zresztą nie potrafiłby wydusić z siebie słowa. Był psychicznie wykończony. Po raz kolejny zobaczył, jak kruche jest ludzkie życie, jak w ułamku sekundy los unicestwia marzenia, plany. Znów uświadomił sobie bezradność człowieka w starcie z twardymi prawami natury. Podszedł do barku i nalał sobie solidną porcję alkoholu. Przełknął jednym haustem. Ogień smagnął przełyk, ale nie starł tkwiących w mózgu obrazów "Nie rozklejaj się — powtarzał w myślach, leżąc już w łóżku — Jesteś zawodowcem... jesteś zawodowcem...".
Dwa dni później pojawił się na Akademii, by zaliczyć egzamin z wentylacji. Wieść o jego udziale w akcji na "Silesii" wzbudziła zainteresowanie w katedrze. Dotarła również do egzaminującego go profesora Knothego.

— Kolego, mówiono mi, że byliście na tej nieszczęsnej kopalni. W takim razie zanalizujcie przyczyny katastrofy i samą akcję ratowniczą.

— Panie profesorze! Mój zastęp do akcji wszedł półtorej godziny po wybuchu, w którym zginęło trzydziestu czterech górników, a trzydziestu odniosło poważne obrażenia. Jako pierwsi dotarliśmy do miejsca, w którym doszło do inicjacji wybuchu. Najprawdopodobniej spowodowała go iskra skrzesana przez noże tnące wrębiarki. W pokładzie występowały przerosty łupku z kwarcytowymi wtrąceniami. — A co spowodowało wzrost stężenia metanu i wytworzenia atmosfery wybuchowej?

— Jedynym miejscem, gdzie mogło dojść do koncentracji metanu, był ślepy odcinek chodnika, wyprzedzający front ściany o ponad sto metrów. Trwająca od początku dniówki awaria wentylatora przewietrzającego przodek spowodowała wzrost stężeń do wartości mieszczących się w trójkącie wybuchowości. Po uruchomieniu przewietrzania korek metanowy został wepchnięty do ściany, gdzie pracowała wrębiarka. I to były ostatnie sekundy życia kilkudziesięciu ludzi. Ilość ofiar byłaby większa, bo w rejonie znajdowało się osiemdziesięciu dziewięciu ludzi, a wybuch metanu spowodował wybuch pyłu węglowego w chodniku przyścianowym. Na szczęście zadziałały zapory pyłowe.

— Widzicie kolego, jak w praktyce sprawdził się pomysł profesora Cybulskiego. A gdyby dozór oddziałowy uczył się wentylacji, to trzydziestu czterech górników nie osierociłoby swoich rodzin. Bo przecież po dłuższym postoju należało zatrzymać urządzenia i wycofać ludzi ze ściany przed ponownym przewietrzeniem chodnika.

— Zaobserwowałem również, że uratowali się ludzie, którzy w momencie wybuchu byli czymś osłonięci. Na przykład kierownik oddziału odmetanowania inżynier Leszek Świgoń przeżył, choć przebywał w feralnym chodniku podścianowym w odległości osiemdziesięciu metrów od wylotu ściany. Siedział we wnęce strzałowej odbierając raport od stojącego przed nim wiertacza. U niego stwierdzono oparzenia skóry rąk i twarzy, ale nie doszło do uszkodzenia płuc, wiertacza zaś znaleziono martwego.

— No dobrze! Potrafi pan wyciągać i formułować wnioski. Nie będę pana dłużej maglować, bo zapewne myślami jest pan jeszcze na tej nieszczęsnej kopalni. Proszę o indeks. No i w ten sposób Józef Kaleta opuszczał profesorski gabinet z bardzo dobrą oceną po najłatwiejszym egzaminie w swoim życiu. A kilka tygodni później, gdy resortowa komisja powypadkowa skończyła dochodzenie, z satysfakcją stwierdził, że to co wydedukował ad hoc w gabinecie profesora, pokrywało się z analizą ministerialnych ekspertów."
Andrzej Kapłanek - inżynier, żeglarz, alpinista, obieżyświat. Publicysta i prozaik, autor kilkunastu książek przetłumaczonych na kilka języków europejskich, inspirowanych własnymi doświadczeniami i życiowymi utarczkami. Po ukończeniu studiów na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie rozpoczął pracę w przemyśle węglowym przechodząc wszystkie szczeble od sztygara do dyrektora kopalni i zjednoczenia.

Ratownik górniczy.


Kazimierz Trzaska - inżynier, doktor nauk technicznych. Po ukończeniu studiów na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej zajmował szereg odpowiedzialnych stanowisk w kopalniach i w ratownictwie górniczym. Uczestnik ponad dwustu akcji ratowniczych prowadzonych a kopalniach polskich i zagranicznych. Specjalista od zagrożeń pożarowych i metanowych oraz organizacji służb ratowniczych.

danielek2002

Reklama - baner pod artykułem

Reklama - link rotacyjny

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu czecho.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.

kopalnia Silesia

Jeśli chcesz otrzymywać powiadomienia o nowych artykułach z tematu "kopalnia Silesia" podaj